|
środa, 22 lutego 2012
Powinnam mieć do powiedzenia bardzo dużo, powinnam, pardon, trysnąć eksplozją dobrego humoru i energii, powinnam poskładać zdania ładne i okrągłe, z przecinkami prawidłowo rozmieszczonymi, wciągającym wstępem, ciekawym rozwinięciem i zaskakującą acz lekką puentą, powinnam, tymczasem znowu mam do powiedzenia tylko tyle że deszcz i że źle w pracy i że sennie, że tramwaj i że studenci i że już nie wróci, że ząb i twarz znowu jak chomik i że boli, że E. i że sukienka i że czemu tak szybko (za szybko), że konto znowu na minusie, i że chcę gdzieś daleko, gdzieś gdzie zielono i ciepło i wilgotno, a w ostateczności do Ciechocinka, byleby tylko gdzieś, nie tu, wszędzie, tylko nie tu, i jeszcze że do domu mam ponad cztery godziny, bo jazdy, bo samochód, bo egzamin, bo już dość mam wszystkiego, dość czyli znowu okrągłe zero, i naprawdę nie mam pojęcia co to; na pewno nie żadna widowiskowo wisząca nad miastem pełnia, ani żadne hormonalne fajerwerki, nie ma na co zwalić, więc to niestety nic innego, jak tylko ja. Chcę do domu, chcę do łóżka, chcę do wanny, chcę sobie popłakać w kąciku, i zapalić, i kieliszek wina, też, i jeszcze niech mnie ktoś dziś przytuli, tak trochę. Proszę. Daj mi coś świecie, daj, wiosnę może chociaż, bo chwilowo wierzę w ciebie wcale. ______________ Takie światło, jak to w drugiej sekundzie mi się marzy.
wtorek, 21 lutego 2012
Coś takiego jest w piosenkach śpiewanych po francusku, że niezależnie od tego, czy jest to dobra czy zła muzyka, zawsze mi dobrze brzmią w uchu. Taka miękka chropowatość. A zresztą, po cóż tu się silić na metafory, proszę posłuchać. Ostatnio nadrobiłam Różyczkę Kidawy-Błońskiego. Im więcej ról Więckiewicza widzę, tym silniej zaznacza się między nimi wspólny mianownik. Jest idealny jako drań z drugim dnem, Kain z wyrzutami sumienia, zakochany Ubek, szary charakter. Nie czarny, a właśnie szary. Uwielbiam, wspaniale gra, lepiej z każdą rolą. Postać Boczarskiej z kolei potworna. Bezmyślne, irytujące babsko, z gatunku blondynek-idiotek, którymi chciałoby się mocno potrząsnąć i siłą wlać trochę oleju do głupiego łba. Coś tam scenarzysta zakombinował z dzieciństwem bohaterki w sierocińcu i bliżej nieokreślonymi traumami na tle seksualnym z wczesnej młodości, ale nic to niestety nie dało, miałam ochotę panienkę za włosy i o kolanko. Nie o aktorce mówię i nie o roli, żeby była jasność. Scenariusz jest oparty na (podobno) prawdziwej historii Pawła Jasienicy i jego żony, agentki Służby Bezpieczeństwa, takiej naszej domorosłej Maty Hari. No cóż, jakie czasy, taka i Mata Hari. Przekaz mówi, że pierwowzór bohaterki Boczarskiej był jeszcze głupszy i bardziej irytujący, niż filmowe alter ego. Trudno mi to sobie wyobrazić, ale ja mam niestety tendencję do przeceniania błyskotliwości umysłu innych. To nieuleczalne, obawiam się. Niestety, po raz kolejny przeczytałam komentarze pod omawianym artykułem, i coraz bliższa jest mi idea cenzury internetu. Jeszcze kilka razy nieopatrznie zajrzę na jakieś forum, a przyłączę się do tych z państwa, którzy grożą wyłączeniem internetu w ogóle. Całego. Z nowości kinowych natomiast wciąż czaję się na to. Byłabym już dawno poszła, bo recenzje zachęcają, ale tematyka i umiejscowienie historii w czasie jest takie, że ogromnie boję się patosu i martyrologii. Im starsza jestem, tym bardziej nabieram przekonania, że o dramatach, a tym bardziej dramatach uwikłanych historycznie, najlepiej mówić po cichu, albo w ogóle, bo wykrzyczane zbyt wielkimi słowami tracą wymiar i zmieniają się w groteskę. Chociaż w moich oczach Smarzowskiemu nie udało się jeszcze przegiąć, a zatem chyba się skuszę. No i tak. Nie ma wiosny, nie ma chuci, nie mogę mieć wiecznie kaca, albo być w kimś nieszczęśliwie zakochana. Teraz jest czas kultury i oświaty. Tyle mojego, że z francuskim akompaniamentem. Miłego dnia, M. ____________________ Niezależne i wolne medium nadające z Londynu podało dziś w nocy mrożącego krew w żyłach niusa o rozpadzie związku Danuśki i Lecha. I tak oto od dziś nic już nie będzie takie samo, proszę państwa, nic. Jak żyć, no jak?!?
poniedziałek, 20 lutego 2012
W poniedziałki poranna kawa w korpokuchni trwa przeważnie nieco dłużej niż zwykle. Towarzystwo na piętrze mam raczej męskie, więc lavazzą z mlekiem raczę się wespół z kilkoma samcami alfa, i ich raczej niewybrednymi żartami, oscylującymi zazwyczaj wokół tematyki erotycznej, a i zahaczającymi o defekację. Lubię tak sobie czasem, bo mi się wtedy przypomina, jakiż to ze mnie kobiecy, delikatny i wyrafinowany kwiatuszek. Tak na zasadzie kontrastu. Dziś jednak było inaczej. – Oj, widzę że kolega jakiś niewyspany taki – pokiwał ze zrozumieniem jeden samiec alfa na widok wyraźnych sińców pod oczami drugiego. – Kolkę miało, kurwa – odparł Dwójka, pochylony ze zrezygnowaniem nad ikeowskim kubkiem z kawą. – A kupki jak tam, regularne aby? – drążył Jedynka. – Regularne, regularne. Chociaż, wczoraj pół dnia nie było i S. już chciała do pediatry zapierdalać – przy kupkach Dwójka wyraźnie się ożywił. – No, to dobrze. Kupki to podstawa. I jeszcze żeby się regularnie ulewało. Ulewa się? To dobrze. I pamiętaj stary, pampersy to chujnia. Huggisy, tylko huggisy. … Hm. Tak. Nawet to słodkie, na swój sposób. Trzech wysokich, umięśnionych mężczyzn w sile wieku, pokazujących sobie zdjęcia kilkutygodniowych niemowlaków na ekranach ajfonów. Najs. Co tam poza tym. Ci z Państwa, którzy słuchali radia o poranku, pewnie mają już tematu po kokardki, ale dorzucę i ja swoje trzy grosze. Otóż, jak pewnie wszyscy zauważyliśmy, jest ślisko. Większość trasy mieszkanie-środek komunikacji podmiejskiej pokonałam dziś wdzięcznym krokiem gejszy, ale ani myślę narzekać, bo jest zima, a zima ma to do siebie, że jest zimno, ślisko i pada śnieg. Zastanawia mnie co innego. Otóż do rzeczonego przystanku komunikacji podmiejskiej mam piętnaście minut piechotką po chodnikach, a krok gejszy musiałam uskutecznić w trzech miejscach (zero soli, zero piasku, warstwa lodu pokryta wodą) – pod kościołem, pod budynkiem sądu rejonowego i pod urzędem miasta. Całą resztę drogi stanowiły elegancko odśnieżone, czyste i suche chodniki. Czegoś tu nie rozumiem. A w ogóle, to wiosno, ty wiesz co. Weź trochę szybciej może, chciałabym się zakochać na wiosnę, tak to sobie w tym roku obmyśliłam. _______ Byłabym zapomniała. Czy wszystkie panie już zapoznały się bliżej z tym kolegą...? Szczególnie polecam od 02:00. Ponieważ w tak zwanym międzyczasie w offie padł komentarz "Kto to jest kurwa David Garrett (dużo znaków zapytania)" i "co on robi oprócz tego, że wygląda (dużo znaków zapytania)", odpowiadam, że nic, ale mnie osobiście to wystarczy.
sobota, 18 lutego 2012
Drogi pamiętniczku, byłam wczoraj bardzo, bardzo głupią dziewczynką, i teraz bardzo, bardzo cierpię, cierpię tak ogromnie, że jak sobie pomyślę, że miałabym wstać i doczłapać się do łazienki celem wyrychtowania na wieczorne zebranie o charakterze towarzyskim, to żołądek wędruje mi do gardła, drogi pamiętniczku, ty jeden mnie kochasz, ty jeden mnie rozumiesz, powiedz mi, kiedyż to ja w końcu dorosnę i zacznę się zachowywać jak dorosła kobieta w średnim wieku, a nie spuszczona z łańcucha gimnazjalistka, drogi pamiętniczku, naprawdę bym tego chciała, albowiem jak popatrzę na bałagan w moim mieszkaniu, stertę prania w koszu na bieliznę, zapchaną zmywarkę i dla równowagi kompletnie pustą lodówkę, to ogromnie bym chciała wrócić do tych czasów sprzed czterech lat, kiedy to sobotnie aktywności sprowadzały się do wycieczek pomiędzy półkami z papierem toaletowym w hipermarkecie i lataniu z mopem, a w niedzielę na obiad zawsze był schabowy i mizeria. Pewnie mi, drogi pamiętniczku, nie wierzysz wcale i w ogóle, ale jakbyś zobaczył te podkrążone oczy, ten włos w nieładzie, tę podłogę zasłaną wczorajszą garderobą, to drogi pamiętniczku, uwierz mi, inaczej byś śpiewał. Chwała bogu, że nie zostałam zaskoczona o poranku żadnym męskim chrapaniem na poduszce obok. Osoba, która wsadziła mnie do taksówki, ma zaliczone dobre uczynki co najmniej do emerytury. Majaczy mi się, że była to drobna blondynka, ale nie jestem do końca pewna. Tymczasem na horyzoncie świta mi możliwość otrzymania pierwszej w życiu wierszówki, i oczywiście powinnam siedzieć cicho, ale nie jest to zgodne z moją naturą, więc nie siedzę, tylko planuję co, jak i na co, i wprawdzie wczoraj miałam plan ją spektakularnie przepić, a E. stwierdziła nawet, że skoro tak, to powinnam pomyśleć też o narkotykach dla uspójnienia wizerunku, ale po tym wieczorze pewne jest, że rzucam alkohol na zawsze i do końca moich dni kropla tego wynalazku szatana nie znajdzie się w moich ustach, więc ten plan odpada, zostają buty i może jakiś bilet, gdzieś. Oraz, przypomniało mi się, że Henry Miller zarabiał pisaniem nekrologów, więc doprawdy, mam lepszy start. Znowu napisałam notkę o swoim kacu, no i co mi zrobicie. Jeżeli komukolwiek nasuwa się komentarz o zagłuszaniu za pomocą imprezowania bólu związanego z brakiem mężczyzny u mojego boku i konieczności zapisania się do AA, bardzo proszę, niech zachowa go dla siebie.
środa, 15 lutego 2012
"Chodzisz z dziewczyną. Jedna cola, druga cola, tu knajpa, tam kino, zawsze tylko w dzień. Zaczynacie spać ze sobą, dupczonko super, potem pojawia się uczucie. Aż któregoś dnia ona przychodzi do ciebie zapłakana, ty ją przytulasz i mówisz, żeby się uspokoiła, że wszystko jest w porządku, a ona odpowiada, że dłużej nie może, że ma tajemnicę, nie taką sobie zwykłą, ale coś mrocznego, przekleństwo (...). Doświadczenie już cię nauczyło, że te tajemnice, które za każdym razem sprawiają, że kobiety rozpadają się na kawałki, w większości przypadków sprowadzają się do czegoś w rodzaju seksu ze zwierzęciem lub członkiem rodziny albo z kimś, kto zapłacił za to pieniądze. "Jestem kurwą" - mówią zawsze na koniec - a ty je przytulasz i mówisz "nie jesteś, nie jesteś", albo "ćiiii", jeżeli nie przestają płakać (...). "Gdybym ci powiedziała, że w nocy zamieniam się w owłosionego kurdupla, bez szyi i ze złotym sygnetem na małym palcu, to i wtedy będziesz mnie dalej kochał? A ty mówisz, że pewnie. No bo co jej powiesz, że nie?" Znowu przeżywam coś na kształt miłości od pierwszego wejrzenia (z tego się szczęśliwie nie wyrasta, albo ja nie wyrosłam, jeszcze), albo precyzyjniej, od pierwszej strony. Obiekt jest wprawdzie z targetu wiekowego mojej matki, ale nie szkodzi, znajdę sobie jakieś tanie połączenie do Izraela, gdzie zamieszkuje autor powyższego, i jak sobie tak patrzę na jego zdjęcie, to sobie myślę, że wystarczy go tylko troszkę odchudzić, aż nabierze szlachetnej semickiej urody, i będziemy żyli długo i szczęśliwie, i nauczy mnie pisać tak jak on, a ja mu będę smażyła jajecznicę na prawdziwej szyneczce, czy co tam sobie będzie życzył, i będziemy pić sok świeżo wyciskany z pomarańczy, i pojedziemy do Hajfy, zawsze chciałam zobaczyć Hajfę, bo mi się Hajfa z Hłaską kojarzy. Tak to sobie wszystko mniej więcej wyobrażam, zobaczymy jak wyjdzie.
wtorek, 14 lutego 2012
W tym roku postanowiłam zadziałać prewencyjnie i już dzień przed świętem wymyślonym przez konsumpcjonistyczne lobby producentów czerwonych maskotek oświadczyłam się dwóm mężczyznom (dywersyfikacja ryzyka), w tym pierwszemu na piśmie, a drugiemu przy świadkach. Żeby nie było, z góry zadeklarowałam swój wkład w związek w postaci posagu (mieszkanie na kredyt denominowany, jeszcze tylko trzydzieści trzy lata i będzie nasze) oraz deklaracją świadczenia usług typu prasowanie, pranie, gotowanie. Pierwszy mężczyzna dyskretnie przemilczał propozycję, co odebrałam jako odpowiedź jednoznacznie odmowną. Nie upieram się przy nikim konkretnym, poszłam więc na kawę z dwoma innymi mężczyznami, w których to gronie zidentyfikowałam jednego żonatego (niedobrze) i jednego ex (jeszcze gorzej), ale z braku innych opcji oświadczyłam się temu drugiemu. Tu już spotkałam się z reakcją zdecydowanego oporu (oplucie mnie bajaderką ze śmiechu) i stanowczą rekuzą. Myślę, że poszłoby mi zdecydowanie lepiej, gdyby nie moje szczere wyznanie, iż nie jest pierwszym mężczyzną, któremu dziś składam propozycję matrymonialną i po prostu poczuł się marginalizowany. Następnym razem nie popełnię tego błędu. Tak więc inicjatywa, choć szlachetna, spaliła zatem na panewce, i jestem zmuszona powrócić do metod tradycyjnych, to jest roztaczania wokół siebie uroku osobistego i oczekiwania, aż ktoś zdecyduje oświadczyć się mnie. Był wprawdzie taki jeden, który zadeklarował kiedyś, że się ze mną ożeni, jeżeli nauczę się przyrządzać baraninę, ale baranina dostępna jest tylko w makro, a ja nie mam karty, więc obawiam się, że nic z tego. Happy V-day. M
niedziela, 12 lutego 2012
- Proszę opowiedzieć coś o sobie. - Kobieta, dwadzieścia osiem za dwa miesiące, więc że niby dwadzieścia siedem, oczy nie wiedzieć jakie, włosy o ile uczesze, wzrost przeciętny nie za wysoki, biodra szerokie aż nadto, talia jak trzeba, cycki ce, wzrok już dawno nie ten, studia – skończone, zapomniane, status związków – nieudane i skomplikowane, rodzina – niezałożona, dzieci – nienarodzone, dorosłość – nierozpoczęta. - Zalety? - Krawat zawiążę-usunę ciążę, wysłucham, pogłaszczę, pocieszę, uczeszę, ukołyszę, głodnego nakarmię, spragnionego napoję, no i oralnie, oralnie to naprawdę w pełni profesjonalnie. - Wady? - Za dużo wina, za mało snu, nie lubię prasować, nie znoszę sprzątać, zapominam o rachunkach i nie pamiętam o imieninach, więcej grzechów nie pamiętam, ale za każdy żałuję, serdecznie, szczerze i zawsze za późno. - Osiągnięcia? - W wieku lat pięciu wyłowiłam misia z kanałku na Grochowie, w wieku siedmiu złamałam nos koledze elementarzem, w wieku dwudziestu pięciu jedno serce męskie, na krótko i niestety mało skutecznie. - Umiejętności? - Bez-myślenie, leżenie, tańczenie, chodzenie, jedzenie, spanie, odkładanie, czekanie, branie, rzucanie, kupowanie, tłuczenie, pieprzenie. Się. - Co panią do nas sprowadza? - Kochane pieniążki rodzice przyślijcie, pieniążki kochane, plastikowe, dorosłe, na buciki dla dużych dziewczynek, na sukienki za krótkie i zbyt opięte, na wino ostatnio czerwone może być i półwytrawne, na lustereczko powiedz przecie kto najmniej zmarszczek ma na świecie, na bilety do kina i bilet do raju, na książki, książeczki głupie, mądre i przemądrzałe, i jeszcze na odkurzacz bo się zepsuł, i kanapę, bo taka stara, wytarta i passe. - Od kiedy może pani zacząć? - Od poniedziałku, zawsze od poniedziałku, nigdy od zaraz, zawsze od jutra, nigdy na już. _________ Po dwóch dniach czytania korposhitu aka „przygotowania do rozmowy o pracę” zrobił mi się z mózgu kleik ryżowy. Rezultaty powyżej. No to co, kto mnie zatrudni…? Oraz utwór muzyczny otrzymany drogą elektroniczną, mniemam że jako wyraz uznania, czy też w ogóle jako wyraz (wprawdzie ruda jest Ruda, a nie ja, ale reszta pasuje):
piątek, 10 lutego 2012
Przemyślałam sobie wszystko gruntownie i jednak nie jest tak źle, jak myślałam, że będzie. Otóż CHOROWANIE (proszę mi wierzyć, jest to CHOROWANIE dużymi literami, biorę przecież antybiotyk) usprawiedliwia mnie w robieniu rzeczy, w związku z którymi normalnie czułabym wyrzuty sumienia, ale nie czuję, bo przecież jestem CHORA i mi wolno. Wolno mi spędzić cały dzień w piżamce, przemieszczając się pomiędzy łóżkiem, kanapą i kuchnią, wolno mi się żywić wyłącznie kisielem żurawinowym i ptasim mleczkiem, popijać herbatą z imbirem i pomarańczą, oraz całkowicie bezkarnie czytać rozmowę pani Czubaszek z panem Andrusem, robiąc sobie przerwy jedynie na krótką drzemkę od czasu do czasu. No bo w końcu, przeczytali wszyscy, przeczytam i ja, nie chcąc pozostawać poza mainstreamem i narażać się tym samym na posądzenie o identyfikację z subkulturami offowymi i alternatywnymi. Stanowczo się odżegnuję, nie jestem ani offowa, ani alternatywna, lubię kisiel, ptasie mleczko, święty spokój, czytać książki i długo spać. Z panią Marią to mam tak, że gdyby nie fakt epatowania swoimi poglądami dotyczącymi tzw. planowania rodziny, to z czystym sumieniem mogłabym powiedzieć, że jak dorosnę, to chcę zostać Czubaszek. Mam na tym tle pewien konflikt z Rudą, bo Ruda z zaangażowaniem peroruje, że Czubaszek to zimna suka bez serca, i choć owszem inteligentna, to wcale a wcale nią nie chcę zostać. Jak już będę duża. Ruda Rudą, bo ja też nie od macochy i swoje zdanie mam. Owszem, przyznaję, trochę się pani Maria nie odnajduje w dzisiejszym świecie krwiożerczych mediów, nie do końca potrafi potencjał wykorzystać i efekt mamy jaki mamy, Czubaszek w radiu, Czubaszek w tiwi i Czubaszek na głównych stronach portali, aż strach lodówkę otworzyć, a wszędzie z tą nieszczęsną aborcją i eutanazją. Tymczasem jestem na dwieście siedemdziesiątej siódmej stronie książki i nie ma słowa ani o aborcji, ani o eutanazji, a o niechęci autorki do dzieci znalazłam jedno zdanie. Tak więc przeanalizowawszy sprawę, niezależnie od negatywnego nastawienia mojej przyjaciółki jednak chcę być Czubaszek, z tą małą różnicą, że nie będę się wypowiadać do mediów na tematy wrażliwe, oraz jak już znajdę sobie mężczyznę o odpowiednich genach, z całą pewnością przedłużę z nim gatunek, ponieważ swoje geny bardzo, bardzo lubię, uważam że są fajne i warte przekazania dalej. Aha, zające, które dla pani Marii rysował mąż uważam za przesłodkie i też bym chciała, żeby ktoś dla mnie coś narysował. Tymczasem zbiorę się chyba w sobie i wyjdę z tego dresu oraz zrobię sobie oko, bo udaję się na tak zwane zewnątrz, piątek w końcu, trzeba zażyć kultury wyższej. Kulturą wyższą w dniu dzisiejszym jest film pana Ayoade, na który uwagę moją zwróciła pewna zaprzyjaźniona redakcja, a idę nań, bo wydaje mi się, że jakbym miała napisać scenariusz, to napisałabym go właśnie tak. Oraz jak sobie tak patrzę na zdjęcie pana Ayoade na filmwebie, to sobie myślę, że geny facet na pewno ma wporzo. Udanego weekendu, M. __________________ No to jeszcze soundtrack
czwartek, 09 lutego 2012
U państwa też był dziś taki księżyc, jak u mnie pod Warszawą? Taki wielki, przeogromny, pomarańczowy i zawieszony nisko pomiędzy blokami? Piękny. Musiałam komuś bardzo podpaść i jestem w ewidentnej niełasce siły wyższej (niech będzie, że ten księżyc, ale mogą sobie państwo wstawić siłę dowolną, możliwie złośliwą i wredną), bo skoro ja to piszę, a państwo to czytają, to raczej nie jestem tam, gdzie miałam być i nie robię tego, co miałam robić, czyli być w drodze do Białki Tatrzańskiej via Kraków. Nie będę już podawać szczegółów dotyczących zabiegów skalpelem na mojej ósemce, bo podawałam je dziś namiętnie wszystkim, którzy chcieli mnie słuchać, tym którzy nie chcieli, ale są grzeczni i nie wypadało im przerywać, oraz tym którzy kompletnie nie chcieli, ale posiadam ich numer telefonu. Nawet K., opalający się aktualnie na Goa, został uraczony szczegółami cięcia mojego zęba, bo ośmielił się słówkiem napomknąć o swoich lekko przypalonych plecach. Czy tam piętach. Potato, potejto. Żeby nie było że jestem AŻ TAK wyluzowana i AŻ TAK zen, nie, przebeczałam cały wczorajszy wieczór i sporą część dzisiejszego poranka, no ale w odpowiednim momencie się zreflektowałam, że przecież czasy księżniczki dramatu mamy już za sobą i należy wziąć się w garść, przestań się mazać, chłopaki nie płaczą, brzózek tu nie ma, ale też jest zajebiście. Pozostaje mi wprawdzie leciutkie wkurwionko na to, że aktualnie nie ma mnie tam, gdzie jest reszta, czyli na zakopiance. Nie wiem, cóż to za karma się właśnie do mnie odezwała, ale jeżeli karma mnie w tej chwili słyszy, to niech wie, że straszna z niej dziwka i aktualnie jesteśmy bardzo pogniewane. Tymczasem wieczorkiem stwierdziłyśmy z Rudą i jej kotem, że skoro tak, to może machniemy ambitne dzieło z dziedziny kinematografii, dostarczone Rudej przez jej Starającego Się. Niestety, już po pierwszych dwudziestu minutach doszłyśmy do wniosku, że powinna temat dzieła dyskretnie przemilczeć, bo gdyby powiedziała co myśli (a ja podzielam jej zdanie), to Starający Się mógłby się przestać starać, tak więc wbrew entuzjastycznym recenzjom nie polecam, chyba że kogoś kręci Tilda Swinton i jej biust, ale w to akurat śmiem wątpić. Ani ponadczasowego i uniwersalnego wymiaru arcydzieła, ani mistrzowskiej kompozycji żadna nie stwierdziła, ani ja, ani Ruda, ani kot. Ale oczywiście jeżeli ktoś chce nas przekonać że jednak, to serdecznie zapraszamy. W góry chcę, no. Oraz pod antybiotyki nie wolno wina, przypuszczaliby państwo...?
wtorek, 07 lutego 2012
…wiesz jak to jest, wszystko to bo pełnia, bo PMS i bo ósemka się odezwała, rozumiesz, zawsze tak samo, nagle jestem mały i głupiutki dzieciak, a nie żadna tam dorosła czy nie daj boże poważna kobieta, no więc płaczę i puchnę, puchnę i płaczę, dwadzieścia cztery godziny, aż w końcu starsza pani bierze gówniarę za ucho i prowadzi do gabinetu dentystycznego, gdzie sterylnie, i biało-zielono, i w rękawiczkach, i sprzedają ulgę za dorosłe, plastikowe pieniądze, i wiesz co, szepcze starsza pani dzieciakowi na ucho, i wiesz co, można się wreszcie naćpać w majestacie prawa, można wziąć garść ibupromu, zaprawić ketonalem, dokończyć antybiotykami, a potem jeszcze całkiem legalnie zawagarować i nie jeździć dziś tym głupim, głupim, głupim samochodem po tym głupim, głupim, głupim mieście, bo przecież z trzęsącymi dłońmi i rozbieganym wzrokiem nie wolno, nie można, patrz, tu, tu piszą, żeby nie, daj dzienniczek, napiszę ci usprawiedliwienie. …jeden po drugim, druga za pierwszą – piszą i dzwonią, i dzwonią i piszą, aż nie nadążam odbierać-odpowiadać-odpisywać, więc najpierw K., że Bombaj, i że noc, i że wino, i że upał, potem B., że ślub, że przed chwilą i że się nie gniewaj bo tak właśnie chcieliśmy, nie dowierzam, ale nie zdążę zbyt długo, bo potem ona, że wielkie zmiany i rewolucja, i że co ja na to, potem tamten, że a może byśmy tak jednak, a potem jeszcze inny on, że właściwie to nic, ale fajnie było gdyby jednak coś, i nie wiem już w końcu, co tak właściwie sobie myślę, oraz czy w ogóle, tak, najłatwiej jest mi nie myśleć, bo PMS, bo pełnia i bo ta ósemka. …dość już mam, dość, nie chcę was słuchać, nie obchodzą mnie dziś wasze historie nic a nic, a wy wszyscy jak na złość, jakbyście się zmówili, na raz i jednocześnie, więc wyłączę was na chwilę, chwilę chwileczkę chwilunię, to nie potrwa długo, parę minut ciszy poproszę i znowu was pokocham, i po tych moich paru minutach włączam kolejno telefon jeden, drugi i trzeci, i pocztę jedną i drugą, a tu w tej drugiej bardzo ważna wiadomość, z niebylekąd, bo z daleka, że owszem, tak, bardzo ten pani życiorys znajdujemy, i może by tak trochę pogadać o nikomu niepotrzebnych rzeczach za zbyt duże pieniądze, i pokierować by pani mogła, tym i tamtym, i pracować by pani mogła w różnych fajnych miastach, z czego podatki płaci pani w żadnym, ale we wszystkich trzech jest rzeka, to co, pogadamy? a ja sobie kalkuluję i przeliczam na buty, i wino, i bilety lotnicze do Bombaju i Bogoty, i jak by nie liczyć, wychodzi tak samo, że powinnam zawalczyć, bo i buty i wino uwielbiam nade wszystko; a potem znowu wchodzi PMS, i pełnia, i ósemka, i przypomina mi się, czego i jak chcę tak naprawdę, i szkoda mi, strasznie mi szkoda, że tak potwornie w dupie mam wszystko inne i jak bardzo wszystko mi jedno. …i znowu mam sto jeden rzeczy do zrobienia, pranie do uprania, obiad do ugotowania, walizkę do spakowania, bo w czwartek znowu na południe, może mnie uspokoi ten pociąg, a potem to miasto, a potem te góry, może, mam nadzieję, bo na razie PMS, i pełnia, i jeszcze ósemka się odezwała. Ależ bym sobie zapaliła, tak tylko jednego, długiego, cienkiego i miętowego, daj mi zapalić, no nie krzyw się, tu, nie przez okno, no weź, nie bądź taki, daj. I jeszcze ptasiego mleczka bym zjadła, leży w szafce nad zlewem, tak, w tej, podaj, proszę, tak. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Czytam
Identyfikuję się
Kategoria specjalna
Lubię
Też ja
Warszawsko
Mail to: nektarmandarynkowy@gazeta.pl |