Menu

Mandarynka

Nothing behind me, everything ahead of me, as is ever so on the road

Szczygieł

nektarmandarynkowy

Kiedyś z jakiegoś powodu chciałem pocieszyć Julię w opuszczeniu. Powiedziałem jej: - Wszyscy jesteśmy dla siebie tylko etapami.

Polubiła to zdanie, powiesiła je nawet nad biurkiem. Ja zaś zyskałem w repertuarze jakąś poważniejszą sentencję, bo znany jestem głównie z lekkości.

Wczoraj przysłała mi MMS z kolażem, który chciałaby kupić sobie na ścianę. Jest mały, ale ma naklejoną celną myśl. Kompozycja fotograficzno-graficzna wzbogacona została o zdanie:

"Odejdziemy tak, jakeśmy naprawdę żyli: osobno. Zawsze między potwornie wielkim światem i potwornie wielkim niebem, samotni".

W podpisie: Jarosław Iwaszkiewicz.

Niedawno Los odebrał mi moje razem, od dwóch miesięcy mam więc nową pewność: odejdę osobno. Ściskającą żołądek i stuprocentową pewność czasownika dokonanego. Odpisałem więc J. z troską w tle (bo przecież nie musi tapetować mieszkania bolesnymi myślami):

"Czy na pewno chcesz z tą prawdą obcować na co dzień?".

"Tak" - odparła.

"Obcuję przecież z twoim wszyscy jesteśmy dla siebie tylko etapami" - dodała zaraz w następnym SMS-ie.

"Moje zdanie nie mówi, że etapy są etapami samotności. Za moim czai się przypuszczenie: przynajmniej na danym etapie nie byliśmy sami!" - wystukałem.

Odpisała zaraz: "Ja, patrząc na twoje smutne zdanie, widzę tylko etapy samotności. Bardziej podoba mi się, jak ty je rozumiesz. Ale niestety patrzę i widzę >>tylko<< , a nie >>etapami<<".

"Ach jo!" - napisałem (tak mawiają Czesi i krecik, gdy dociera do nich jakaś świeża prawda). "W tym >>tylko<< rzeczywiście jest samotność. Jest!".

"No właśnie. I widzisz: oto pojawił się kolejny podział między ludźmi - podsumowała. - Jedni widzą >>etapami<< i mają pociechę. Drudzy widzą >>tylko<< i już na zaś, nawet będąc na etapie, boją się samotności. A zdanie jest jedno".

Writing therapy

nektarmandarynkowy

Mam taką znajomą, nazwijmy ją Marta, taka znajoma z gatunku tych, które uważają cię za przyjaciela, bo pozwalasz im mówić nie przerywając, potakując i uśmiechając się w odpowiednich momentach, ale dla ciebie zawsze pozostają tylko znajomymi. Marta ma trzydzieści osiem lat i dość często powtarza, że mam jeszcze wszystko przed sobą, więc lubię z nią przebywać, chociaż to gówno prawda, bo co najmniej połowę mam za sobą, tylko mi się z genami poszczęściło i nie mam zmarszczek. Pomimo trzydziestu ośmiu lat Marta wierzy w miłość i za to ją szanuję, chociaż rzeczywistość jej nie rozpieszcza. Miłości szuka na portalach randkowych i póki co jedyne, co ją spotyka, to banda popapranych impotentów łamane przez alkoholików łamane przez pracoholików łamane przez dilerów kokainy. Brzmi zabawnie, ale wcale zabawne nie jest, bo żaden alkoholik ani popaprany diler kokainy nie ma tego wypisanego na czole ani wizytówce, a pamiętajmy że Marta wierzy i szuka miłości, a nie szybkiego pierdolenia na drugiej randce, co jest naturalne i dobre, więc dość często dostaje łopatą w łeb. Najbardziej jednak w Marcie podziwiam, i to szczerze i bez żadnego sarkazmu, że jest w stanie po tej łopacie w łeb prędziutko wstać, otrzepać się, wzruszyć ramionami i szukać dalej jakby nigdy nic. Oczywiście można powiedzieć, że to prosta sprawa, bo kto by płakał po impotentach i dilerach kokainy, ale pamiętajmy, że zanim dilowanie wychodzi na jaw, Marta się zaprzyjaźnia, zbliża, otwiera, trochę zakochuje i lata na endorfinowym haju przez dobrych parę tygodni, pamiętajmy, że Marta wierzy i szuka, więc nie, to wcale prosta sprawa nie jest.

Siedzę więc w Marty aucie, żołądek mam w supeł, trzęsą mi się ręce i boli mnie przełyk, jakby mnie łyżką do lodów wydrążyć, ciągnę papierosa (geny, dobre geny to podstawa), a Marta objeżdża mnie z góry na dół, popierdoliło cię dziewczyno z tą żałobą, po co ci to, szkoda prądu, po co znowu marnujesz energię, który raz już tak siedzimy. Nie wiem, który raz, na pewno enty, z Martą czy bez Marty, to już było, myślę sobie, tyle razy mnie zostawiali, nie kochali, i ja też zostawiałam, i nie kochałam, kręciłam, kłamałam, zdradzałam, to wszystko jest ludzkie i normalne, nie muszę tego robić, nie muszę być taka smutna i w kawałkach, przejdzie przecież, zawsze wszystko przechodzi, przeterminowuje się, który to już raz.

Tymczasem w celu wyleczenia obolałego od upadania tyłka lecę jutro rano na Daleki Wschód, sama jak palec, wszyscy patrzą na mnie jak na gwiazdę rocka, o matko, szalona, nie boisz się, wrzucą ci do drinka pigułkę gwałtu, wytną nerkę i poderżną gardło w ciemnej uliczce. Oczywiście, że się boję, ale nie pigułek i ciemnych uliczek, boję się że to co robię wcale nie jest odważne, tylko desperackie i smutne.

 

Greg > Frank

nektarmandarynkowy

You write me love letters with your father's pen

If he knew the freaky, freaky things that you write with it

Is it really wrong that I want to be the baby daddy?

Is that a lovecrime, lovecrime? Tell me it's a lovecrime

In the getaway car

You know I love it when the ride is smooth

If we ever get caught

It'd be a long vacation for two

Nie mam czasu

nektarmandarynkowy

Pomieszało się coś z czasem. Zepsuły się zegarki, kalendarze oszalały, coś jest nie tak z terminarzem w telefonie. Idę spać w poniedziałek w południe, przykładam głowę do poduszki tylko na chwilę, a tu nagle bam, czwartkowy poranek. Wychodzę z domu, jest mokro, wiosennie i zielono-fioletowo od bzu, wracam wieczorem, a tam żółte liście i pierwszy śnieg. Idę spać w piątkowe przedpołudnie, mam siedemnaście lat, głowę wysoko i wydęte wargi, mój piętnastoletni chłopak nosi za dużą bluzę z kapturem i daje mi fajne orgazmy, potem palimy mentolowe papierosy na zarośniętym trawą tarasie i zasypiamy na wąskim tapczanie, a przez sen dociera ogień i dym nad Manhattanem. Zaraz coś mnie wybudza, ale telewizor jest większy, a kanapa szeroka, jestem lepka, spuchnięta i senna, nie ma chłopaka i bluzy z kapturem, piętnaście lat minęło, mówię, choć tak naprawdę minęło czternaście, ale piętnaście lepiej brzmi, donioślej i okrągło, co ty bredzisz, zrobię ci kawy, mówi on.

Pomieszało się coś z czasem, i ja jestem pomieszana, pomylona od ciągłego obijania o ściany, ślepe zaułki, kolejny dead end.

A, no i jeszcze piosenka:

Debata srebata.

nektarmandarynkowy

Byłam wczoraj w domu, gdzie mają telewizor i widziałam kawałek debaty. Niespecjalnie długi, bo zaczęłam ziewać i przebąkiwać o powrocie do domu, więc przełączono na Jedynkę na Van Helsinga, ale zdążyłam wysnuć wnioski. Van Helsing jest więc bardzo złym i nudnym filmem, ale nawet bardzo zły i nudny film był lepszy i ciekawszy niż debata. Kandydaci na The Urząd dwoili się i troili, żeby przykuć moją uwagę, ale nie pomogły im nawet obietnice tylko o krok odległe od aneksji Nowej Zelandii i wypowiedzenia wojny Turkmenbaszy (może się Polacy nie zorientują, że nie żyje). Ponadto kandydat Duda w mojej opinii przedawkował pseudoefedrynę dostępną bez recepty w środkach na katar, albo wypił zbyt mocną kawę, z efektem niekorzystnym. Walczący za niepodległość i demokrację przewracają się w grobach, oraz rację miał poeta stwierdziwszy, że naród z nas zajebisty, ale społeczeństwo to jednak chujowe. Przez szacunek dla przewracających się w grobach nieżywych walczących pójdę do urny, ale z obrzydzeniem i wstrętem.

Z tą aneksją Nowej Zelandii to nie jest taki głupi pomysł. Od razu bym uciekła leczyć się na bolące serce do Nowej Zelandii i nigdy nie wracała.

© Mandarynka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci